Sterylny zapach gabinetu zabiegowego – mieszanka lateksu i antyseptyku – zawsze przyprawiał mnie o mdłości, ale dziś mdłości były drugorzędne w stosunku do oczekiwania. Byłam w szesnastym tygodniu ciąży, leżałam na szeleszczącym papierze stołu zabiegowego, z brzuchem śliskim od zimnego, półprzezroczystego żelu. Czekałam, aż znajomy, rytmiczny łomot serca mojego dziecka wypełni pokój, dźwięk, który zazwyczaj wydawał mi się jedyną szczerą rzeczą, jaka mi pozostała w świecie.
Dr Claire Brennan przesuwała przetwornik po moim brzuchu, ale jej wzrok nie był skierowany na ekran, na którym sylwetka mojego dziecka migotała w ziarnistej skali szarości. Jej wzrok utkwiony był w mojej dokumentacji, a konkretnie w nagłówku, gdzie nazwisko mojego męża, Granta Mercera, wydrukowano ostrym, nijakim czarnym tuszem.
Nagle ręka lekarki zaczęła drżeć. Najpierw była to subtelna wibracja, a potem wyraźne drgnięcie, które spowodowało, że przetwornik się ześlizgnął. Bez słowa wyjaśnienia wyciągnęła rękę i wyłączyła monitor. W pokoju zapadła dusząca cisza.
Leave a Comment