Jechałam do domu Megan samochodem Natalie, ściskając kierownicę tak mocno, że moje kostki nabrały barwy starej kości. Palce zacisnęły się, zaciskając się niczym szpony na skórzanej tapicerce, ale nie mogłam ich rozluźnić. Gdybym je puściła, miałabym wrażenie, że odfrunę od powierzchni ziemi.
Każde czerwone światło wydawało się pułapką, pauzą w czasie, w której mógłby mnie dogonić. Każdy czarny SUV, który pojawiał się w lusterku wstecznym, przyprawiał mnie o szybsze bicie serca, a ostry rytm uderzał w moje żebra. Zerkałam w lusterko raz, dwa, dziesięć razy na minutę. Czy to on? Czy to przechylenie głowy? Czy to spersonalizowana tablica rejestracyjna, z której był tak dumny?
Świat za oknami był rozmazany i szary, typowe czwartkowe popołudnie, ale w samochodzie powietrze było gęste od zapachu mojego własnego strachu – potu, metalicznej adrenaliny i fantomowego zapachu płynu hamulcowego.
Zaparkowałam w połowie podjazdu, blokując drogę i zostawiając samochód z tykającym, stygnącym silnikiem. Pobiegłam do drzwi.
Megan spotkała mnie, zanim zdążyłam zapukać. Trzymała telefon w dłoni, jej twarz była pozbawiona koloru. Wyglądała, jakby zobaczyła ducha, a może patrzyła na niego.
„Dobrze” – powiedziała napiętym głosem, ledwo otwierając usta. „Wyjaśnij. Teraz”.
Leave a Comment