Drzwi wejściowe zmieniły się z przeszkody w pułapkę z chłodnym, metalicznym kliknięciem.
Stałem jak sparaliżowany w holu, mosiężne klucze wbijały się w moją dłoń niczym odłamki lodu.
Mój wzrok przesunął się ku mahoniowemu zegarowi stojącemu; wahadło kołysało się w powolnym, drwiącym rytmie serca – serca, które miało się zatrzymać. 19:15.
Piętnaście minut po terminie. Piętnaście minut w strefie zagrożenia.
Głos Davida nie dobywał się z jego gardła; dochodził z cieni salonu, wibracja o niskiej częstotliwości, przesiąknięta zapachem drogiej whisky i taniego okrucieństwa.
Ukazał się w łuku, jego dopasowana biała koszula lśniła w słabym świetle, a jego sylwetka była na tyle ostra, że mogła zadać rany.
„Przepraszam, Davidzie” – wyszeptałem. Nienawidziłem swojego głosu – był żałosny, urywany.
Leave a Comment